Sierpień 2024 Magdalena Syposz

Sierpień 2024 r.
 
Charków – Izium – Łyman – Kramatorsk – Okolice
 
Ponad 3500 km za kierownicą. Gorąco. Ścięgna w łydkach pospinane. Tempo zabójcze – nie ma czasu na zwiedzanie poza 5 minutami w Borodziance na Banksy’ego (Judo boy). Ustrzeliłam w nocy po drodze felgę, ale na szczęście ekspresowo nam wyklepali w Sarnach i nie posypał się misterny grafik.
Wieziemy medycynę dla szpitali plus wsparcie dla wojska.
W Charkowie rozładunek w szpitalach o siódmej rano – z okazji nocnych alarmów nie funkcjonuje GPS – więc nawigujemy na mapie offline. Po drodze podrzucamy Wiktorię w odwiedziny do taty (zawodowy żołnierz – od wybuchu pełnoskalowej wojny się nie widzieli). Witamy się z nim na umówionym skrzyżowaniu, przedstawiamy się i na wieść, że to ja tu jestem kierowcą – tata mnie ściska jak wielki niedźwiedź i w tym uścisku są wszystkie uściski wszystkich stęsknionych za dziećmi ojców, którzy miesiącami samotnie tkwią w pieprzonych okopach albo w ostrzeliwanych wioskach.
W Łymaniu w szpitalu (ewakuowany przed naszym przyjazdem – został jeden lekarz na dyżurze i pacjenci, którzy nie nadają się do transportu) na rozładunku łapie nas alarm i siedzimy ze wszystkimi w piwnicy. Skoro już jesteśmy pół godziny w plecy – jedynym logicznym dla mnie posunięciem jest drzemka. Kimam z głową opartą o ścianę. Jesteśmy jakieś kilkanaście kilometrów od frontu. Architektura w Łymaniu to głównie dziury po rakietach. Nic się nie odbudowuje – oficjalną statystykę – 90% budynków ucierpiało w trakcie wojny – można potwierdzić gołym okiem. Szpital też w narożniku zamiast górnego piętra ma dziurę w dachu załataną folią. W ogóle – szpital jest żywcem wyjęty z Mistrza i Małgorzaty – obywatel w łachmanach czeka na rentgena na niskim zydelku, na ścianach dywany, na podłodze półwieczne lastriko, w przejściu szmaty, pudła i worki z bliżej niezidentyfikowaną zawartością. Pod ręką przy wejściu kilka par zakrwawionych noszy.
Za Kramatorskiem u wojskowych zrzucamy resztę sprzętu i przyjmujemy zaproszenie na ogórkową. Kilkanaście osób mieszka w wiejskiej chatce. Sławojka (ilekroć chcę się wysikać w takim miejscu – bardzo mnie bawią przeprosiny i tłumaczenie, że u nich kiepskie warunki), kuchnia polowa na podwórku, w środku piec kaflowy. Na ścianach ikony i obrazki dzieciaków z jasnym przesłaniem: ruskich należy wysłać prosto do piekła. Przed chatką stoją pudła z amunicją, wokół których bawią się maleńkie kotki, wprost na javeliny sypią się papierówki. Okazuje się, że dowódca ma szwagra w Krakowie. W Comarch. Świat jest mały.
W Izium-ie na powrocie kupuję od babuszki malinowe pomidory za 40 hrywien. Odbieramy Wiktorię i lecimy praktycznie bez przerwy na Kijów. W Kijowie padam do łóżka. Na szczęście tej nocy ruscy strzelają gdzie indziej i wysypiam się przed powrotem do Polski. Jeszcze na szybko rano ściskamy zmobilizowanego Jurka (gdziekolwiek jesteś – trzymam kciuki) – i potem z górki 800 km do Warszawy.
 
PLN: PL35114020040000350283862713
USD: PL98114020040000311219868513
EUR: PL92114020040000311219868524
 
PS. Jakoś tym razem nie ma mnie za bardzo na zdjęciach – ale trochę miałam inne rzeczy na głowie. 😂😂😂
Facebook
Twitter
LinkedIn
Pinterest
O nas

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Ut elit tellus, luctus nec ullamcorper mattis, pulvinar dapibus leo.

Najnowsze wpisy
Udostępnij
Facebook
LinkedIn