Relacja z wyjazdu z pomocą humanitarną dla Ukrainy (27.01-31.01).
Piątek.
Warszawa. Pobudka o piątej. Pakujemy się z Olkiem do busa (w drugim Mateusz i Bartek) i jedziemy. Po drodze rozmawiamy o wszystkim. Olek wygłasza pierwsze ostrzeżenia: niczego nie podnosić z ziemi, niczego nie kopać, nie rzucać. Nie schodzić z asfaltu. Na osiedlu w Kijowie też. Otaczający je las jest w połowie zaminowany, a druga połowa to okopy. Dowiaduję się przy okazji, że jestem za lekka na minę przeciwpancerną. Nie odpali. Nie zamierzam sprawdzać. Pytam się za to, ile dziewczyn jeździ z chłopakami z pomocą humanitarną. Połowa? Trochę więcej, czy trochę mniej? Jesteś pierwsza na jakieś 40 wyjazdów – słyszę w odpowiedzi. Wybucham śmiechem. Olek opowiada mi za to o Jagodzie i kobietach za kółkiem, które jeżdżą w żeńskich składach z pomocą dla Ukrainy. Dojeżdżamy do Zosina. Granica. Przed nami dyplomaci – wszystko idzie sprawnie – okazuje się, że drugi bus nie ma przeglądu technicznego. Chłopaki wracają podbić co trzeba w najbliższej OSP, my się odprawiamy i czekamy na nich w busie już w Ukrainie.
Wyją w oddali syreny – mój pierwszy alarm przeciwlotniczy. Instaluję sobie aplikację, która je śledzi. Surrealistycznie. Chłopaki wracają. Jedziemy. Długie proste w lesie. 130 km / godzinę, szerokie pobocza. Blokpost. Ustawione na środku drogi betonowe płyty. Max. 70, 50, 20 km / h. Potem 5 km / h. Włączyć awaryjne. Nocą zgasić światła mijania i włączyć światło w środku. Przejechać z obiema rękami na kierownicy. Uśmiechnąć się, kiwnąć głową – jak zatrzymają, to najczęściej wystarczy pokazać paszport. Miniemy takich po drodze dziesiątki.
Prawie nie ma samochodów osobowych – tylko tiry, wojsko i transporty takie jak nasze. Po dziesięciu godzinach zmienia mnie Mateusz. Cisza i spokój – piszę do mamy, kiedy wjeżdżamy na zalany asfaltem lej po bombie na środku skrzyżowania. Ciekawostka – znaki drogowe są zamazane (pierwsze pojawiają się na prostej ok. 25 km do Kijowa), co na wypadek kolejnych ataków Rosjan ma im utrudniać rozeznanie w terenie.
Na przedmieściach Kijowa niby całkiem normalnie, ale z drugiej strony na każdym skrzyżowaniu przygotowania pod zasieki, w lasach okopy albo zakaz wstępu z powodu min. Mosty nad Dnieprem obstawione przez wojsko. Całkiem sporo policji – i duży ruch. Dojeżdżamy na osiedle i pakujemy się do windy – osiem pięter budzi trochę emocji, jeśli w każdej chwili może zostać wyłączony prąd na kilka godzin. Pijemy piwo, jemy parówki z koncentratem pomidorowym i idziemy spać.
Sobota.
Dzień logistyczny w Kijowie. Rano kawa z małej budki na parkingu – kawa w Ukrainie jest przepyszna. Wyjazd na magazyny, udostępnione dzięki Wiktorii. Przepakowanie aut (dalej jedziemy na ukraińskich blachach) i przygotowanie pakietów z jedzeniem trwa, nawet jeśli zrobiło się nas dwa razy więcej – do naszej czteroosobowej ekipy dołączają dalsze cztery osoby. W pakietach podstawowe jedzenie – 2 kg mąki, makaron, kasze, grysik, olej, czekolada, puszka z konserwą, batonik. Wieziemy ich 160. Do tego preparaty żywieniowe dla pacjentów onkologicznych szpitala w Charkowie, chemia, części do samochodu dla osób wspierających nas informacjami o przebiegu frontu. O 14 jesteśmy gotowi do dalszej drogi – 6 godzin do Charkowa. Jadę z Maksem (Olek mówi o nim: mistrz rajdowy Ukrainy) i Natalią (piosenkarką i autorką muzyki). Kijów jest przeogromny. Pierwszy raz przekraczam Dniepr – mostem dla wojska i pomocy humanitarnej. Przez pierwszą godzinę drogi uczę się alfabetu. A potem – zasypiam z tyłu, otoczona paczkami z jedzeniem.
Jedno nie zmieniło się od wczoraj. Od 17:00 jedziemy w egipskich ciemnościach. Nie ma łun i włączonych latarni. Zresztą – wzdłuż dwupasmówki ciągną się pola albo lasy. A na dwupasmówce im później i dalej od Kijowa – tym więcej wojskowych pojazdów. Tylko stacje benzynowe jak na zachodzie – rozświetlone. Za to auta z frontu miewają pozaklejane światła stopu i pozycyjne, więc trzeba się mocno pilnować.
W Charkowie najpierw wyładowujemy w szpitalu jedzenie dla chorych onkologicznie. A potem ładujemy do busa pół tony chleba – około 22:00 zawijamy na miejsce spania. Goszczeni jesteśmy przemile. Jedzenia w bród – kiszonki i ichnia grochowa (z przewagą ziemniaków). Przed snem stawiam jeszcze pasjansa (nie wychodzi), a Natasza pokazuje mi teksty swoich piosenek. Jutro będzie długi dzień.
Niedziela.
Charków nad ranem pokazuje to, czego nie mogłam zobaczyć nocą. Zniszczone budynki. Ostrzelane elewacje. Wysadzone rakietami dachy. Zabite paździerzem okna. Setki worków z piaskiem, leżące na co większych skrzyżowaniach. Ale też architektoniczny koszmar bloków bez ładu i składu, stawianych byle jak i byle gdzie. Nie chcę się do tego przyzwyczajać – do tego pozornego spokoju tętniącego życiem miasta. W nocy z niedzieli na poniedziałek rosyjska rakieta uderza tu w budynek mieszkalny. Zginęła jedna osoba, trzy zostały ranne. 341. dzień rosyjskiej inwazji na Ukrainę.
Kierunek Izium. Po horyzont ślady po działaniach wojennych Rosji. Zrównane z ziemią domy. Tysiące wybitych okien. Bloki rozerwane na pół. Zawalone piętra. Ostrzelane płoty, ściany domów, drzwi. Połamane drzewa. Rzeczywistość wyje: coście, skurwysyny, uczynili z tą krainą? Odwiedzamy ciocię i wujka Natalii, którzy częstują nas jeszcze ciepłymi pierożkami z jabłkami. Wzruszam się w środku. Odwiedzamy to może duże słowo – zatrzymujemy się po drodze, wypakowujemy co trzeba i po krótkiej rozmowie jedziemy dalej. Ich mieszkanie było na piątym piętrze – teraz sypie do niego śnieg, po tym jak odłamek rakiety wysadził dach i ostatnie piętro. Przenieśli się naprzeciwko, do rozsypującej się dwupokojowej chatki. Tapczan i ściana przykryta dywanem. Odłażąca ze ścian tapeta. Osypujący się sufit. Koza. Zamiast lodówki – piwniczka (ciocia z dumą opowiada, jak sama ją posprzątała). Zaimprowizowana kuchnia w jednym pomieszczeniu z wanną i toaletą. Szybko robię zdjęcie kiełkującym na parapecie cebulom – moja babcia hodowała takie same. A ciocia opowiada, że jeszcze niedawno nosili wodę z rzeki. Byle do wiosny.
Od kilku godzin systematycznie prószy śnieg, przykrywa wraki ruskich czołgów, zniszczone wioski, połamane lasy, zaminowane pola uschniętych słoneczników. Byłoby pięknie.
W Izium nie widziałam ani jednego całego budynku. Za to widziałam przepołowione pięciopiętrowe bloki. Ślady po rosyjskim ostrzale z karabinu. Ślady po rosyjskich rakietach. Tysiące domów bez okien i dachów. Niech nie zmyli nikogo Kijów i Lwów ponad tysiąc kilometrów dalej – tu, gdzie jesteśmy, Rosjanie zrobili Ukraińcom piekło na ziemi, niszcząc wszystko, co popadnie.
Kolejny blokpost. Pierwszy raz pokazujemy dokumenty. A dziewuszka? A dziewuszka pierwszy raz w Ukrainie. Wodziciel. Uśmiecham się szeroko. Żołnierz się śmieje. Puszczam do niego oko, a on oddaje nam dokumenty i życzy powodzenia. Jedziemy dalej. Śmierdzi prochem. Nasi strzelają. Lokalizacja pokazuje, że jesteśmy 150 km od Doniecka i 50 km od Bakhmutu. Trochę bliżej jest do linii frontu. Nie tak znowu daleko. Nie tak znowu blisko. Od czasu do czasu słychać wystrzał – daleko, na bardzo niskiej częstotliwości. Maks prowadzi skupiony.
Limań. Nie za bardzo mam czas się zastanawiać – przepakowujemy paczkę dla naszych chłopaków z wojska. Szybkie zdjęcie na wjeździe do miasta i uciekamy w zapomniane osiedla. Gołym okiem widać, że nawet przed rosyjską inwazją mieli tu niełatwo. Teraz, gdy nie ma prądu, jest też głód i chłód. Bloki mają powybijane szyby, przez które wciska się mroźne powietrze. Niektóre mimo widocznych uszkodzeń po rakietach – są dalej zamieszkałe.
Żadne sklepy nie funkcjonują, jeśli nie liczyć prowizorycznego mięsnego: skrzynki z kilkunastoma kawałkami surowej wieprzowiny, postawionej na niewielkim stoliku wprost na ulicy.
Mieszkańcy tych okolic to głównie ludzie starsi, okutani od stóp do głów, bo mroźno. Zdarza się futro do ziemi albo kożuszek w zestawie z futrzastą papachą czy toczkiem. Są zorganizowani – ludzie dzwonią do siebie, że przyjechała pomoc – każdy bierze jeden kilkunastokilogramowy worek z jedzeniem. Pytają, kiedy znowu przyjedziemy. Sama nie wiem, czy już nikt (w tym ja) nie zwraca uwagi na to, że front blisko, a co kilka minut echo niesie huk kolejnego wystrzału, czy też wszyscy to z premedytacją ignorują.
Takich miejsc odwiedziliśmy 4, rozdając 160 pakietów z żywnością.
Poniedziałek.
Do Kijowa dojeżdżamy po południu. Żegnamy się z Natalią, Siergiejem i Maksem. Szybki spacer po centrum z Olkiem i ukraińskie piwo w barze, gdzie wypisuję 20 pocztówek. Gaśnie światło. Kelnerka zakłada na czoło czołówkę (do tej pory chodziła z nią na szyi) i odpala generator. Jest kameralnie, ale przecież dalej nienormalnie.
Wtorek.
Kijów. Rano budzimy się i nie ma prądu. Zbiegamy 15 pięter w dół. Tankowanie i wyjazd z Kijowa – podrzucam Olka do Irpienia. Krótka lekcja geografii – Irpień i Bucza są ok. 15-30 km od Kijowa. Taki Otwock albo Józefów. W Internecie pełno zdjęć z tego terenu (to tu zresztą Banksy namalował swoje słynne murale) i niby doskonale wiem, co mogę zobaczyć, a jednak gotuje się we mnie z wściekłości, jak widzę spalone bloki i zniszczone kulami karabinów elewacje eleganckich budynków. Wyrzucam Olka, szybko się żegnamy i wpisuję w nawigację Zosin. Dzwonię do siostry i zaliczam wpadkę – wygaduję się przy mamie, że wracam do Warszawy busem sama. Niedobrze – będzie się stresować bardziej niż to konieczne. Krótki postój w Sarnach i barszcz na stacji benzynowej na pożegnanie, a potem już granica. Odpowiedź na pytanie, skąd jadę, budzi zdziwienie. Dojeżdżam do Warszawy, szybko zasypiam w mieszkaniu Olka i jego absolutnie fantastycznej żony Oli.
W nocy do pionu podrywa mnie wystrzelona petarda. Siedzę na łóżku, przypominam sobie, że jestem już w Warszawie i mogę bezpiecznie dalej spać.



