Warszawa – Kijów – Izium – Kijów – Warszawa
Ten wyjazd jakoś nieproporcjonalnie mnie emocjonalnie trzepnął. Może dlatego, że pierwszy raz na froncie odwiedzałam kogoś znajomego, może dlatego, że ostrzał Kijowa nocą był koszmarny, może dlatego, że w Izium była tak ciepła, rozgwieżdżona i cicha noc – którą zakłócało jedynie cykanie świerszczy i niepokojące brzęczenie dronów, może dlatego, że to już 20 raz i w głowie mi się nie mieści, że jestem znowu w Ukrainie z Fundacją Dobry Człowiek. W ogóle tego w życiu nie planowałam.
Piszę tego posta z Reykjaviku – dwa miesiące później – i poza tą notatką nie mam nic więcej – choć przecież poznałam Leszka i Morgana, choć zgubiliśmy dowód rejestracyjny, choć słoneczniki były piękne, przestrzenie rozległe, kilometry względnie bezpieczne, pocztówki wysłane, rozmowy w Kijowie tak ciepłe i serdeczne.
1 sierpnia o 17:00 czasu polskiego zatrzymaliśmy się przy drodze i w ciszy spoglądałam w ukraińskie niebo. Jeśli mam jakieś idealistyczne marzenia (staram się nie mieć), to takie, żeby dzieci na całym świecie patrzyły w niebo z fascynacją – a nie z lękiem.
Warszawa – Rawa Ruska – Warszawa
Jednodniowy, ale jakże efektywny przejazd na zaprzyjaźnioną Nową Pocztę w Rawie Ruskiej z niezastąpioną Maliną Rudawy. Biorąc pod uwagę, że czasu spędziłyśmy ze sobą całkiem sporo – eksplorując w Wyspy Owcze – to sam fakt, że zamykamy się tym razem w fundacyjnym busie na kilkanaście godzin – niezmiernie mnie cieszy, zwłaszcza, że na eskapadę umawiamy się dzień wcześniej, więc Malina występuje klasycznie w długiej sukni i sandałkach (dobrze, że miała w Warszawie paszport). Malina tłucze w Ukrainie kilometry swoją ciężką nóżką regularnie, więc razem przechodzimy jak burza formalności na granicy (trochę przy tym zgrywamy nieogarnięte dziewczęta, to zawsze działa). Na poczcie chłopaki ekspresem rozładowują pięć palet, które pieczołowicie oblepiamy naklejkami Fundacji Dobry Człowiek. Przesyłki trafią do Odessy i Krzywego Rogu – także pomoc dotrze do sprawdzonych, odsuniętych od zachodniej granicy miejsc. Na powrotnej granicy przepuszcza nas do zawsze za długiej kolejki ukraiński kierowca busa – takie małe gesty zawsze mnie niezmiernie cieszą, bo już trochę jestem głową w poniedziałkowej robocie. Jeszcze tylko kilka godzin na ruchliwej w niedzielę wieczorem S17, ja łapię ostatni pociąg do Krakowa, a Malina odstawia busa na kolejny załadunek. Niby nic, a jednak – coś. Małego i zwykłego, jakby mimochodem, ale bez takich przejazdów nie dałoby rady zapewnić ciągłości pomocy do miejsc na co dzień dotykanych ostrzałami. Dzięki, Malina!
PS. A dzisiaj – w islandzkim deszczu – wzruszyło mnie, że tuż obok ratusza w Reykjaviku powiewają flagi Ukrainy i Palestyny.



